Jesteśmy dzisiaj, podobnie jak podczas całego tygodnia poza domem. Właśnie mamy chwilę przerwy (nie aż taką małą chwilę – prawie 4 godziny) między wykładami w szkołach a spotkaniem wieczornym. Siedzimy w pokoju hotelowym, chwilę temu ja miałam małą drzemkę, teraz chrapie Szanowny Małżonek. Exit Tour, w którym uczestniczymy jest dość wymagający. Wczesne wstawanie, wykłady w szkołach, popołudniowe, a raczej wieczorne spotkania są super, ale te kilka godzin wytchnienia po obiedzie dosłownie ratuje nam życie. Nie te lata….
O co chodzi? 
Od kilku lat uczestniczymy jako jedni z wykładowców w programie profilaktycznym Exit Tour w szkołach. Jedno miasto, cztery dni i cztery szkoły. W zamierzchłej przeszłości, czyli kilka lat temu Janusz organizował tę imprezę z jeszcze jedną osobą, a jakiś już czas temu przekazał to w młode, acz godne ręce. 
Dlaczego o tym piszę?
Dlatego, że akurat tu jesteśmy 🙂 i dlatego, że oprócz dość ciężkiej w sumie pracy (zwłaszcza w porównaniu z siedzeniem przed telewizorem i nic-nie-robieniem, na które być może zasłużyliśmy wychowaniem własnej dwójki dzieci), naprawdę świetnie się tutaj bawimy. Kilka osób ostatnio się nas pytało jak u nas z syndromem opuszczonego gniazda. Bo w sumie dzieci się wyprowadziły i zostaliśmy sami. Prawda, ale nie zdążyliśmy się jeszcze ciągle zorientować o co z tym syndromem chodzi, bo… nie mamy czasu. 
Słyszałam też ostatnio, że: “bo wy jesteście takim barwnym małżeństwem…” – w sumie sama tak uważam. Nasze wspólne życie na serio jest najczęściej sporą frajdą. Tak, przyznaję, że je lubię. Ale to nie jest tak, że na jednych spadają ciekawe rzeczy a inni są skazani na nudę. Zwykle robimy to sobie sami. W naszym życiu też dostrzegamy taką prawidłowość – jeśli skupiasz się na własnej wygodzie, budowaniu komfortu i świętym spokoju – czeka cię ogromne rozczarowanie, jeśli uda się to wszystko osiągnąć i ciągła frustracja zanim to się stanie. Za każdym razem jak próbowaliśmy, dokładnie tak było. Postanowiliśmy z tym zerwać. 
Wstawanie z młodzieżówką o 5:30, jeżdżenie po szkołach, rozstawianie sprzętu (to Janusz), gadanie o trudnościach z młodzieżą, chodzenie spać po północy, to nie są rzeczy, które nam łatwo przychodzą. Od początku roku nie mieliśmy ani jednego w 100% wolnego weekendu. Staramy się mieć przynajmniej 2 – 3 dni w każdym miesiącu, które są tylko dla nas i zwykle, choć nie zawsze nam się to udaje. To jednak sprawia, że nasze wspólne życie nadal jest ciekawe i daje satysfakcję. Wcale nie dlatego, że nie potrafimy usiedzieć na miejscu. Umiemy to, i lubimy, ale widzieliśmy już, że to na dłuższą metę jest potwornie nudne. Seriale w TV są w zasadzie wszystkie o tym samym, sporty, diety i zdrowy tryb życia (polecamy rozsądek) i tak nie uratują nas przed starością ani śmiercią. Uznaliśmy więc, że musimy coś z tym zrobić. Mamy mnóstwo rzeczy, których przez te nasze prawie 30 wspólnych lat, się nauczyliśmy, które zdobyliśmy; doświadczenie, jakaś tam mądrość, i teraz jest czas, w którym możemy dzielić się tym wszystkim z innymi. Nam się udało – niech Im też się uda:). Można zrobić swoje i dalej się rozwijać, dawać swój czas, kawałki swojego życia innym, zdobywać przyjaciół i choć czasem to oznacza niewyspanie, niekoniecznie idealnie zbilansowany posiłek, zmęczenie, chrypę i ogólnie jest średnio wygodne, jest warte swojej ceny.
Ciekawego życia nie dostaje się w prezencie. Trzeba je sobie zrobić samemu…