Dziś będzie o małżeństwie bliskości. To nie pomyłka. Nie chodzi o rodzicielstwo bliskości, a przynajmniej nie tym razem. O tym ostatnim, jest ostatnio mnóstwo wszędzie. Poradniki, artykuły, blogi parentingowe ukazują “nowe światło”. I dobrze robią. To ważne, żeby dziecko wychowywało się w bliskości rodziców, żeby budowało zdrowy styl przywiązania. To pomoże kiedyś jemu i innym. A poza tym fajnie jest być blisko swojego dziecka. Można się bardzo, bardzo wiele nauczyć i wiele razem przeżyć. No, ale miało nie być o rodzicielstwie, tylko o małżeństwie. Bo małżeństwo też potrzebuje bliskości. I czasem celebrując rodzicielstwo bliskości, zapominamy o naszym małżeństwie. Teraz dzieci są małe, albo już wprawdzie duże, ale bardzo wymagające, nie mamy warunków. Przecież się kochamy i wrócimy do siebie, do bliskości jak przed dziećmi później. Jak dorosną. Jak będzie więcej czasu. Jak się trochę ogarniemy.
A czas mija.
I często okazuje się, że nie bardzo jest do czego wracać. Można to wszystko odbudować. Jasne, że się da. Ale może warto nie burzyć?
Kiedyś słyszałam że najlepszą rzecz jaką mogą dać dziecku rodzice, to kochać się nawzajem prawdziwą, głęboką miłością. I myślę, że jest to prawda. To daje poczucie bezpieczeństwa i porządku na świecie. Tak powinno być.
Jasne, że dzieci są ważne teraz. Nawet bardzo. I nigdy już nie będą takie słodkie, bezbronne i niewinne. Ale nawet się nie obejrzysz, jak będziesz świętować 25 rocznicę ślubu, na którą twoje maleństwa…zaprosisz. I jak będą mogły, to się na tej uroczystości zjawią. Oby miały na co przyjeżdżać.
No i stąd moja dzisiejsza refleksja.
Małżeństwo bliskości. Oparte na wzajemnym zauważaniu potrzeb, na czułości i bliskości fizycznej, na spaniu razem (bardzo warto chodzić spać o tej samej porze), na wierze w to, że konflikty da się rozwiązać na drodze dobrej komunikacji, na unikaniu jakichkolwiek form przemocy i przymusu, na wzajemnej obserwacji i dostosowywaniu się do siebie nawzajem, w końcu na zachowaniu równowagi (tak, to tuningowane zasady budowania bezpiecznych relacji w ramach rodzicielstwa bliskości :).
Jako dorośli, małżonkowie, potrzebujemy w zasadzie tego samego co wówczas, kiedy byliśmy dziećmi: miłości, szacunku, życzliwości, uwagi, troski, zainteresowania, bycia ważnym dla Tego Drugiego. Któż tego nie pragnie?!
I możemy to sobie nawzajem dawać. Nawet jeśli nasi rodzice nie znali idei rodzicielstwa bliskości i teraz nasz styl przywiązania jest “taki sobie”. Możemy to przecież zmienić. Teraz zależy to już od nas. Możemy mieć wpływ na siebie samych i na nasze dzieci. Jeśli tylko podejmiemy wysiłek. Ten wysiłek wobec dzieci jest oczywisty. Wobec współmałżonka już niekoniecznie. Bo on (ona) przecież powinien. No przecież musi zrozumieć! Jest dorosły/ dorosła!
I czy tylko dlatego nie stać mnie na wielkoduszność?.. Na zrozumienie, szanowanie inności (na początek, potem można się nią nawet zacząć cieszyć), akceptację, miłość i troskę.
Dbajmy o siebie. Stwórzmy “małżeństwo bliskości”.

Teraz widzę jakie to było ważne. Jedno dziecko 200 km w lewo, drugie prawie 100 na prawo; my pomiędzy. Wieczór. Siedzimy sobie w dużym pokoju. Mamy czas na rozmowę. Może film? Albo pójdziemy na wieczorny spacer. W końcu wiosna. Mamy czas. Teraz wreszcie mamy go nawet całkiem sporo. Doczekaliśmy tych błogosławionych chwil, o których marzą rodzice maluchów i starszych nieco dzieci. Nie obchodzą nas kolacje, bajki na dobranoc, piżamki, umyte ząbki, odrabianie lekcji, kłótnia z kolegą ani jakieś siedemset tysięcy innych rzeczy. Ani nawet “mamo, tato, a on…! “
I, co ważniejsze, to jest naprawdę dobry wieczór. Lubimy się. Mamy o czym rozmawiać. Stworzyliśmy małżeństwo bliskości i powoli zbieramy tego owoce.
Warto było!