Jakiś czas temu pisałam, że udało się nam udowodnić teorię, że bałagan robi się sam. Nie było to wcale trudne. Mieliśmy mnóstwo wyjazdów, do domu przyjeżdżaliśmy w zasadzie tylko się przepakować i jechać gdzieś dalej. Po kilku tygodniach, kiedy ten maraton się skończył, okazało się, że czeka nas kolejny maraton – doprowadzenie mieszkania do stanu użyteczności. Bo… no właśnie – zrobił się w nim okropny bałagan. Sam się zrobił, bo nas przecież nie było!
W ogóle strasznie dużo rzeczy robi się samo! Przynajmniej jeśli o mnie chodzi. 
Wspomniany już bałagan. Robi się sam także gdy jesteśmy w domu. I sam się robił w dziecięcym pokoju.
Kiedy nasze dzieci były małe, nie tylko bałagan sam się robił. Często działo się tak, że jakiś talerzyk, czy szklanka, “sama się” stłukła, a moja mama do tej pory opowiada historię o tym, jak kiedyś, kiedy wracałam z przedszkola, moja czapeczka “sama sfrunęła” mi z głowy. I nie było już czapeczki. (Tak, wiem, że to skrajnie przerażające, że sama wracałam z przedszkola. Ale to było baaardzo dawno temu, w zupełnie innych czasach, no i udało mi się przeżyć).
Kiedy nie mam kontaktu z angielskim, nie czytam nie rozmawiam i nawet nie oglądam filmów w oryginale – tak! Samo “mi się” zapomina! 
I podobna sprawa. Zupełnie bez żadnego wysiłku z mojej strony minął cały miesiąc od mojego ostatniego posta na blogu. Były wpisy co tydzień, a w ostatnim miesiącu nie. Ha!

Czytałam kilka dni temu słowa bardzo mądrego człowieka wypisane białymi literami na czarnym tle. Internet jest pełen takich cytatów, czasem są one zresztą na tle brązowym lub szarym, albo mają jakieś stosowne obrazki. Znalazłam nawet automatyczny generator wielkich, ponadczasowych prawd o życiu. Serio. Ale nie o tym mowa. Wspomniany przeze mnie przed chwilą cytat brzmiał mniej więcej tak:

“Jak długo trzeba oczekiwać na zmiany?
 – Jeśli chcesz oczekiwać – to długo”
Tadam!
Jest coś na rzeczy, nie? Tylko to przeczy temu, co napisałam tutaj do tej pory. 
Jeśli czekasz, i tylko czekasz, na zmianę to się doczekasz! To oczywiste! Bardzo łatwo się o tym przekonać. Poczekaj no trochę a:
bałagan sam się zrobi,
zapomnisz jak powiedzieć coś tam w języku, którym całkiem dobrze się do tej pory posługiwałeś,
roztyjesz się i nie będziesz w stanie przebiec 200 metrów do uciekającego tramwaju,
twoje ulubione filiżanki pokryją się grubą warstwą kurzu,
zapomnisz do której klasy chodzi twoje dziecko, i kiedy masz rocznicę ślubu, etc, etc…
Poczekaj, wszystko się samo jakoś ułoży.
Nie o to chodzi? 
No, ale przecież chcieliśmy zmiany – jest i zmiana! 
Okazuje się więc, że nie jest nam wszystko jedno jaka jest ta zmiana. Chcemy, by była to zmiana na lepsze. I tutaj zaczyna się całkiem inna historia. Poranne wstawanie na wredny dźwięk budzika, pot i łzy, wysiłek, trud, ból, wytrwałość, cierpliwość i walka. I przestaje być milusio. Automatyczny generator ponadczasowych prawd o życiu nie wystarczy. 
Nawet kiedy po prostu mam ochotę na dobry kawałek ciasta. Taki z czekoladową polewą, czekanie, ani nawet nie wiem jak ponadczasowe myśli nie wystarczają. Trzeba wziąć się do pracy. Przygotować przepis, kupić co tam trzeba, przynieść do domu, przesiać mąkę, połączyć z odpowiednimi składnikami, trochę się przyłożyć, wymieszać, wsadzić do piekarnika (ok, teraz się czeka, fakt, ale odpowiednią ilość minut i w odpowiednich warunkach 🙂 i jest. Gotowe, pachnące. Mniam.
I nawet w tak trywialnych okolicznościach jak ochota na kawałek pysznego sernika ważniejsze okazuje się pytanie o to ile jestem w stanie z siebie dać? Czym poważniejsza sprawa, tym poważniejsze pytania i konsekwencje udzielonej odpowiedzi. Ile jestem gotowa zapłacić za zmianę, której pragnę? I nie chodzi tutaj o pieniądze, ale o ten zestaw, który wymieniłam przed chwilą. Praca, pot i łzy, wysiłek, trud, ból, wytrwałość, cierpliwość i walka. Średnio pociągająca perspektywa. 
Chyba, że pamiętam po co to wszystko.