To, co dziś piszę nie będzie bardzo odkrywcze. Na całe szczęście uważam, że bycie oryginalnym jest nieco przereklamowane i lepiej czasem być może nieco mniej twórczym, ale za to robić właściwe i mądre rzeczy w stosownej porze (nawet jeśli podobnie czyni wielu:).
Wszędzie wokół światełka, choinki, gwiazdki, i inne “dżingylbelsy” wszelkiego typu i rozmiaru. Sklepy zatrudniają powoli dodatkowych pracowników, chyba wszystkie poustawiały już świąteczne wystawy i usiłują skłonić każdego możliwego klienta do kupienia “u nas najlepszych prezentów”. W internecie i TV pojawiło się jakieś dwanaście milionów reklam przekonujących człowieka do zakupu takiego to a takiego prezentu, bez którego twoi najbliżsi w ogóle nie poczują magii Świąt (wszystkie prezenty są oczywiście w promocji). Widziałam nawet ranking najpiękniejszych jarmarków świątecznych w Europie z adnotacją “sprawdź loty do…”, w promocyjnej, oczywiście, cenie. Oprócz tego pojawiły się też doroczne świąteczne wyciskacze łez – chwytające za serce i świetnie zrobione… reklamy większych sieci sklepów czy firm. Jak to kiedyś mówił Jasiu “biznes to biznes, kochany Winnetou”.
Wcale nie chcę teraz napisać, że to wszystko jest złe, zabiera nam Ducha Prawdziwych Świąt i zewsząd otoczeni jesteśmy rozbuchanym konsumpcjonizmem. Może i jest coś na rzeczy, ale przecież nie chciałabym żeby tego wszystkiego nie było, bo po prostu lubię tę atmosferę. Naprawdę lubię. Światełka, renifery, choinki, mikołajki, pierniczki, ciasteczka, lukier, w sumie chyba wszystko. Jasne, że bez przesady, ale każdy przesadza sobie po swojemu. Tylko co z Duchem Świąt?
Hmmm…
Jakoś nie wierzę w tego ducha. Myślę, że w ogóle nie ma czegoś takiego. Jest sedno samego Święta i wszystko wokół. I cala rzecz w tym, żeby one do siebie pasowały. Nie mogą natomiast się pozamieniać miejscami. Atmosfera, i te wszystkie miłe rzeczy, o których właśnie napisałam nie są i nie powinny być sednem Święta. Ani tym bardziej jego Duchem. Podobnie zresztą jak tort z kremem i świeczkami oraz prezenty nie powinny być sednem niczyich urodzin. Ale dobrze, że ta atmosfera jest, podobnie jak dobrze, że jest fajna atmosfera kiedy ja sama, czy ktoś z moich bliskich mamy urodziny. I choć jest oczywistym dla przynajmniej (mam nadzieję) większości ludzi, że Jezus nie urodził się w grudniu i nie koło Częstochowy, że w stajence nie było świnek, i że nie sypał na nią śnieg, że królowie niekoniecznie byli królami i niekoniecznie było ich trzech, że karp to stosunkowo nowy pomysł, że choinka, że gwiazda, że Mikołaj, że …., to jednak ta atmosfera jest po prostu fajna. Wyjątkowa. Narosła przez wiele lat i pokoleń i jest taka, jaka jest. Może i nie zawsze słuszna, może czasem trochę naciągana. Ok, czasem bardzo naciągana. Bez wątpienia. Ale dzięki niej ten czas jest wyjątkowy. Inny niż wszytko inne i tak właśnie powinno być – o to chodzi w ŚWIĘTOWANIU.
No ale co tak właściwie świętujemy? O co chodzi i z jakiego powodu to całe zamieszanie?
“Syn Człowieczy przyszedł, by szukać i ratować to, co się zgubiło” – sam Bóg przybył nam na ratunek!
Że pomocy potrzebujemy, chyba nie ma wątpliwości. Jak bardzo pogubieni jesteśmy, a przynajmniej bywamy – każdy, niestety, też ma pojęcie. Tymczasem Bóg przybył nam na ratunek. Aby nas znaleźć i uratować. I to jest sedno tych Świąt. Jest dla nas nadzieja. Taka prawdziwa. Dlatego nie czekamy na Dzieciątko, nie czekamy już na Zbawiciela. Możemy żyć już teraz prawdziwym, pełnym życiem, bo Bóg przybył nam na ratunek. I już z nami został.
To świętujemy, i z tego się cieszymy. Dlatego to całe świąteczne szaleństwo. Jest z czego się cieszyć!
Jeśli o tym zapomnimy, pozostaje nam świętowanie choinki, światełek i zakupów.