Myślałam o takich zapomnianych słowach i sama nie wiem. Czy one wszystkie są na “P”?
Dziś o poświęceniu. Słowo to może nie tyle jest zapomniane, co, z jakiegoś powodu, ostatnio dość często budzi niepokój, złość, bunt i różne takie. Dlaczego?
Kim jest poświęcający się człowiek? 


Słownik języka polskiego twierdzi, że poświęcenie to: czyn ofiarny, pełen bohaterstwa i samozaparcia; też: gotowość do ponoszenia ofiar. No i raczej nie mamy nic przeciwko temu, by ktoś takie czyny dla nas popełniał. Albo był gotowy do ponoszenia ofiar ze względu na nas. I się sam siebie zapierał ze względu na nas. Więc o co chodzi?
No więc o to (tak przynajmniej mi się wydaje), że bardzo boimy się bycia wykorzystanym. Przeliczamy, że jeśli ja się będę poświęcać, to on, ona i w ogóle wszyscy i wszytko to natychmiast wykorzysta. 
Nie wydaje mi się, żeby wykorzystywanie innych było jakoś szczególnie powszechne w tak zwanych dzisiejszych czasach. Nie chcę być niewrażliwa na niektóre sytuacje, które nigdy, nigdzie i w żadnej relacji nie powinny mieć miejsca. Takie się zdarzają i oczywiście nie można na nie pozwalać. Ale, niestety, ludzie zawsze bywali i bywają wredni i chętni przejechać się na czyichś plecach. Natomiast we wspomnianych przed chwilą dzisiejszych czasach bardzo ważni jesteśmy dla nas my. Znaczy konkretnie ja jestem ważna. To jak traktują mnie inni, co myślę, czy odczuwam satysfakcję i radość, czy mam właściwe poczucie własnej wartości i w ogóle jak się czuję. Ze sobą samą i z innymi. Dużo w naszym życiu dzieje się w oparciu o właśnie takie pytania. 
Do tego poświęcamy się przecież w pracy. No, nikt nie może nam zarzucić, że się nie poświęcamy! Harujemy po prostu. W pracy i w domu. No i coś się nam jednak przecież należy. No i tu chyba leży duża część problemu. Poświęcenie w pracy to po prostu wydajność. Pracodawca płaci nam za to harowanie, a my sami godzimy się na nie w związku z oczekiwanymi i określonymi zyskami. 
Tak, mieszkam w Polsce i doskonale wiem, jak to jest z tym płaceniem. Ale nie piszę teraz na temat wykorzystywania pracowników, horrendalnych podatków, i w ogóle problemów polskiej gospodarki, polityki etc. Chodzi mi o to, że zasadniczo praca, nawet nisko płatna i w niefajnych warunkach poświęceniem nie jest. Jest pracą. Wykonuję jakieś czynności i pytam: co ja z tego będę mieć? I to jest dobre pytanie. Ważne i potrzebne, gdy chodzi o pracę. 
Ale kiedy zaczynam żyć w czasie i miejscu, w których wszystko jest w jakiś sposób z tym pytaniem związane, zapominam o rzeczach bezcennych. Między innymi o poświęceniu. 
Bo poświęcenie nie rozumie tak postawionego pytania. Nie pyta co JA z tego będę mieć, tylko co mogę dla CIEBIE zrobić?
I nie chodzi o jakieś wielkie “czyny ofiarne, pełne bohaterstwa”. W naszych domach poświęcenie możemy praktykować na wiele, wiele różnych sposobów. 
Idąc gdzieś, gdzie niekoniecznie sami byśmy poszli, ale On, czy Ona chce tam iść. 
Gotując, kiedy wcale nam się nie chce, czy zmywając po obiedzie.
Rezygnując z naszych własnych pomysłów.
Siedząc nad lekcjami z dzieckiem.
Jadąc na wakacje tam gdzie Jemu czy Jej się marzy.
Odbierając szósty telefon tego samego dnia od rodziców.
Odwiedzając ich, chociaż są ciekawsze i pilniejsze rzeczy do zrobienia.
Nie farbując włosów na rudo, bo On tego nie lubi 
(Dzisiaj w sklepie byłam świadkiem wielkiej awantury. Nie chciałam, ale cały sklep był zmuszony do pewnego rodzaju uczestnictwa. – Ona chciała pofarbować włosy na rudo: “to są moje włosy i nic ci do tego!!!”, 
a jemu ten pomysł się nie podobał: “jak jesteś ze mną, to nie będziesz wyglądać jak wiewiórka.”
“mam prawo wyglądać jak chcę!”
“a ja mam prawo nie dać ci kasy na głupoty”).
Kto miał rację?

Każdy ma święte prawo do swoich własnych decyzji, do koloru włosów, do samorealizacji, do niezależności i wielu różnych innych samo-. Mogę przecież robić to, co chcę. Mam prawo.
Mam. Ale “mam prawo” nie oznacza “mam obowiązek”.
Nie jestem niewolnikiem tego prawa. Jestem człowiekiem i mogę z tego prawa zrezygnować. 
Mogę wybrać Ciebie.
To nazywa się miłość.