Dziś 15 lutego. Dzień po Walentynkach. Promocje w sklepach jubilerskich i drogeriach wygasły, plakaty zdjęte, nawet w Lidlu skończyła się promocja na tulipany. Wracamy do codzienności. I dopiero teraz okaże się jak to naprawdę jest z naszą miłością. Takie życie 🙂
Święto Zakochanych, jak wiadomo jest związane ze świętym Walentym, który, znów jak wiadomo, jest patronem zakochanych i szaleńców. Hmmm… Ciekawe dlaczego? 
Formalnie dlatego, że podobno potajemnie udzielał ślubu zakochanym żołnierzom, to nie bardzo podobało się cesarzowi Klaudiuszowi, bo żonaci mężczyźni woleli siedzieć w domu niż radośnie zwyciężać w imię cesarza  i… kazał Walentego ściąć. To nie do końca tłumaczy dlaczego jest patronem chorych umysłowo, ale jakiś sens pewnie w tym jest. Albo nie.
Zakochanie to stan obecnie ze wszech miar pożądany i nic wspólnego z szaleństwem przecież nie ma! Powinniśmy bywać zakochani, a najlepiej być zakochanym permanentnie. I z jakiegoś tajemniczego powodu niektórzy z nas naprawdę by tak chcieli i naprawdę w taki permanentny stan zakochania wierzą. Zakochanie jako takie ma świetny PR. Jest w obecnych czasach niezwykle dochodową gałęzią przemysłu i handlu. Po Bożym Narodzeniu generuje podobno największe zyski, w kolejnych latach konkurując na świecie jedynie z Halloween. Naprawdę wiele się wokół tego kręci – muzyka, film, przemysł jubilerski, i kwiaciarski, pluszaki, słodycze, no wszystko! Może dlatego ludzie w to tak bardzo uwierzyli.
No bo przecież jak się tak na spokojnie przyglądnąć, to ci, którzy wcale nie aż tak dawno, bo nawet jeszcze jakieś sto lat temu, uważali stan zakochania za poważne psychiczne zaburzenie i nie pozwalali podczas jego trwania na podejmowanie żadnych poważnych decyzji (w tym na przykład o ślubie), mogli mieć trochę racji. Jak się tak zakochaniu przyjrzeć za pomocą “szkiełka i oka” – no… wypada raczej średnio:
  • naprzemienne ataki nieokiełznanej radości i entuzjazmu oraz niepewności i zwątpienia (kocha? nie kocha?; spojrzała? nie spojrzała?; zerka? nie zerka? itp.),  
  • zaburzona ocena czasu i odległości (“Jak ja wytrzymam do jutra? Ach!!!”, “Nowa Zelandia jest przecież wcale nie tak daleko w dzisiejszych czasach”),
  • mocno zaburzona realna ocena rzeczywistości i podejmowania decyzji (“On nie ma twoim zdaniem pięknego głosu??? Już nie jesteś moją przyjaciółką!”),
  • przekonanie o tym, że oto jako jedyna osoba na całym, wielkim świecie znalazłam/znalazłem akurat tę jedyną absolutnie idealną osobę, z którą na dodatek w doskonały sposób “pasujemy do siebie”,
  • jeść się nie da, skupić się nie można, serce wali, dłonie drżą, mózg się lasuje…

To naprawdę nie jest wszytko, ale już to, co jest, wystarcza, żeby zdiagnozować sprawę.

Żeby było jasne – zakochanie jest fajne. Wspaniałe. Kiedy jesteśmy zakochani (najlepiej we dwójkę, w sobie nawzajem) wszystko możemy, wszystko pokonamy, jesteśmy najlepsi i nasi ukochani są absolutnie jedyni na świecie. To naprawdę piękny stan. No i jestem głęboko wdzięczna za to, że mogłam sobie wybrać Męża, w którym się zakochałam, a nie wybrała Go za mnie mamusia. Co fakt, to fakt.
Ale żyć w stanie zakochania na co dzień się po prostu nie da!  Nie wiem jaki człowiek wytrzymałby kilka czy kilkanaście (kilkadziesiąt???) lat takiej jazdy!
Stan zakochania mija. Niektórzy twierdzą, że po kilku lub kilkunastu miesiącach, inni, że po dwóch, trzech latach. Nie będę się kłócić. Mija. I wtedy jest czas na prawdziwą miłość. Taką, którą wypełniam swoje serce każdego dnia. Na moją miłość do Ciebie. Nie oparte na szaleństwie hormonów zauroczenie, tylko na moją miłość. Moją własną. Opartą na tym kim jestem ja i kim jesteś Ty. 
Bo jak śmierć potężna jest miłość,
a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol.
Żar jej to żar ognia, płomień Pański.
Wody wielkie na zdołają ugasić miłości, i nie zatopią jej rzeki.