Minął już ponad tydzień od naszego powrotu z Camino. Byłby czas na podsumowanie. Tylko żeby podsumować dobrze nasze dwadzieścia dni wakacji potrzebowałabym chyba…dwadzieścia dni 🙂
Czy warto iść na Camino? TAK!
Ale muszę przyznać, że niemal wszystko wyglądało przynajmniej trochę inaczej niż sobie to wyobrażaliśmy. I jak rozmawialiśmy z osobami, które spotykaliśmy po drodze, miały w większości podobne przemyślenia. Więc nie warto za bardzo się nastawiać na coś bardzo konkretnego.
Przeszliśmy 360 km szlaku – to daje sporo ponad 400 km “w nogach”, bo nie liczyliśmy szwendania się po miastach, a w samym Porto przeszliśmy koło 40 km. Nogi bolą ale nie aż tak jak się obawialiśmy. Fakt, byliśmy dość dobrze przygotowani – od kwietnia chodziliśmy dużo i zrobiliśmy trzydniową próbę na Jurze. Mieliśmy też dobre, lekkie buty – widzieliśmy stopy osób, które wybrały się w porządnych trekkingowych butach za kostkę, takich w sam raz na jesienne Tatry, i to nie był przyjemny widok. U nas obeszło się z wynikiem po jednej honorowej blazie (czyli pęcherzu). Na prawdę nie było źle. Kręgosłupy też dały radę z plecakami – znów fakt; udało się nam całkiem dobrze spakować. Wygląda na to, że nie mieliśmy niepotrzebnych rzeczy, ani nic nam nie brakowało. Plecaki 7 i 10 kg, do tego okresowo butelka wody, sok w kartoniku, owoce. Genialnym posunięciem, mimo wielu wątpliwości, okazało się zabranie namiotu. Trzeba było nieść dodatkowe 2,5 kg (Janusz), ale cena i warunki na polach namiotowych okazały się bezkonkurencyjne. Basen po całym dniu wędrówki był dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. W albergue spaliśmy raz i wcale się nam nie podobało. Ale z opowiadań wynika, że źle trafiliśmy i większość tych schronisk jest fajniejsza. Możliwe, ale pola namiotowe w naszym przypadku wygrały. I było na nich całkiem sporo caminowiczów, z którymi można było pogadać albo iść dalej w drogę. Kilka razy spaliśmy “na dziko” – przy kościele, na parkingu z ławkami za miastem i to tez było fajne (i tanie).
Jedzenie – z naszych doświadczeń wynika, że w takiej podróży je się zdecydowanie mniej niż normalnie. Jest ciepło, więc nie trzeba się dogrzewać i ciekawie, więc nie ma czasu na kombinowanie z jedzeniem. U nas tak to działa. Rano kawa i ciasteczko – zwłaszcza w Portugalii nie warto nawet myśleć o innym śniadaniu. Kawę prawdopodobnie sprowadzają z Olimpu i prawdopodobnie to ten napój był kiedyś nazywany ambrozją. No i wreszcie dokładnie wiemy co oznacza sformułowanie “poezja smaku”. Minus taki, że teraz żadna kawa tak nie smakuje. Ale spotkanie z doskonałością było tego warte.
Potem pieczywo, pomidory, oliwki, wędlina (tu z kolei wygrywa Hiszpania), owoce, soki, woda w ciągu dnia. Kilka razy, ale nie codziennie, obiad w knajpie. Francesina w Porto (gorąca kanapka, która jest obiadem), menu del peregrino (czyli obiad pielgrzyma – pieczona, bajeczna ryba, pieczone ziemniaki, pieczona papryka,  butelka wina), ośmiornica, kalmary, takie tam :). Niewiele, ale …

Taka długa, piesza podróż odbywa się w zupełnie innym tempie. Rozmawialiśmy o tym nawet trochę z Olą, którą poznaliśmy na Camino, i która trochę z nami szła. Człowiek jest przyzwyczajony do tempa samochodu, roweru, idzie na spacer i tyle. A tutaj na przykład takie wyspy Ilas Cies towarzyszyły nam prawie cztery dni ukazując się co kilka godzin z innej perspektywy. Mijaliśmy każde drzewo, krzak w “ludzkim tempie”, jak mówiła o tym Ola. Był czas na motyle, na kwiaty, kształty liści, kamienie, kolory, zapachy (oj, ten zapach sosnowo-eukaliptusowego lasu …). Spokojna, powolna zmiana piaszczystych długich plaż Portugalii, na pełne ptaków przybrzeżne skały,  potem wzgórza i lasy, kolejne zatoki, w końcu wzgórza, miała zupełnie innych charakter niż przejechanie porównywalnego odcinka samochodem. Niby widzimy to samo, ale różnica jest ogromna.

Co podobało się nam najbardziej?
Asia – lasy, bajeczne kwiaty, których pełno tu we wrześniu, kawa i ciastka w Portugalii, niesamowite, długie fale na plażach, pewna prostota życia – “zwijamy namiot i idziemy”, pływanie w oceanie, spotkani ludzie, atmosfera w Santiago, Madryt (tak wiem, to już nie Camino)
Janusz – kawa i ciastka w Portugalii, baseny na polach namiotowych, francesinha i ośmiornica, widoki, nocleg pod palmą, czas na luzie i to, że myśleć trzeba było jedynie o tym gdzie pójdę i co będę robić w danym dniu, zabytki.
Dla nas obojga był to też fantastyczny czas “we dwoje”. Fakt, że razem pracujemy i ogólnie, zwłaszcza od czasu jak nasze dzieci się wyprowadziły, dużo czasu spędzamy razem, wcale nie oznacza, że nie potrzebujemy razem, tylko we dwoje pojechać na wakacje. Czas, w którym nie pracujemy, nie planujemy kolejnych zadań, tylko po prostu jesteśmy razem, okazuje się nam bardzo potrzebny. Teraz bomba! Jesteśmy bardzo z siebie dumni i wdzięczni Bogu za pomoc, bo… od wyjścia z domu aż do samego powrotu ani razu się nie pokłóciliśmy!!!
To dopiero jest coś, nie? Trzy podróże samolotem, zwiedzanie trzech dużych miast (Porto, Santiago, Madryt), kilkunastokrotne stawianie i zwijanie namiotu, przerwy na kąpanie, jedzenie, wybór knajpy a w nim stolika, zamówienia w języku, którego kompletnie nie znamy, zakupy, “kiedy startujemy”, “dokąd dziś musimy dojść”, “co zwiedzamy” i mnóstwo innych drobnostek. I… nic. Przyznajemy, że kilka razy atmosfera zaczynała gęstnieć, bo ktoś coś powiedział, albo właśnie nie powiedział, albo powiedział, ale takim tonem, że…, ale serio – anie razu się nie pokłóciliśmy. No czysta idylla!
Sami jesteśmy w ostrym szoku.

Dwadzieścia dni wakacji, wędrówki, zwiedzania i …koniec. Wracamy do domu, do codzienności, do pracy, do naszego miasta, do jesieni i nadchodzącej zimy i myślimy sobie, że tak jest dobrze. Brzmi trochę jak zaklinanie rzeczywistości, ale tak nie jest. Jedną z najlepszych rzeczy, którą z Camino wynieśliśmy jest docenienie zwykłych codziennych dni. Fantastycznie było być w drodze, nie przejmować się żadnymi sprawami, niczego nie ratować, o nic się nie troszczyć a jedynie zwijać namiot każdego kolejnego dnia i iść dalej, zwiedzać nowe miejsca, pić portugalską kawę, jeść ciasteczka i ośmiornice, jasne, że tak. Ale nasz dom jest tutaj.
I wspaniale było poznawać nowych ludzi, rozmawiać z nimi, iść jakiś czas wspólną drogą. Pewnie; cudowne doświadczenie, ważne i potrzebne. Ale to tutaj są nasi Przyjaciele, z którymi naprawdę dzielimy życie. To już nie jest tylko kilka przegadanych godzin, kilka wspólnych kilometrów. Nasi Przyjaciele to ludzie, którzy wiedzą o nas o wiele więcej niż to, co chcielibyśmy im powiedzieć w kilka nawet godzin wspólnej rozmowy; znają nas, widzieli w różnych sytuacjach, przeszli z nami kawał wspólnego życia i… idziemy razem dalej. Naprawdę dzielimy z Nimi życie.
Jednym słowem na Camino było wspaniale, ale to tutaj, w domu znów zanurzyliśmy się w prawdziwym życiu.

krużganki katedry w Porto
Porto
A Guarda
Vilanova de Arousa
Vilagarcia de Arousa
Katedra w Santiago de Compostela