Nasze Camino skończyliśmy w środę. Doszliśmy dzielnie i bardzo polecamy taka wyprawę. Na podsumowanie będzie jeszcze czas, bo jeszcze nie wróciliśmy do domu. Cały czwartek spędziliśmy w Santiago. Genialnym pomysłem kolejny raz okazało się zabranie namiotu. Camping w Santiago jest wprawdzie prawie 3km od centrum i tę drogę też musieliśmy przejść, ale dobra cena i basen…
Pływanie w chłodnej wodzie po całym dniu drogi jest po prostu fantastyczne. Rano wstaliśmy i… nie mieliśmy już do przejścia kolejnych kilometrów. Ale dziwnie! Pewnie dlatego poranne zbieranie się zajęło nam znacznie więcej czasu niż do tej pory. Kolejny dzień w Santiago. No po prostu cudownie! Atmosfera miasta urzekła nas jeszcze chyba bardziej niż wczoraj. Wieczorem, na schodach katedry byliśmy melomanami – odbył się koncert na którym grała… Banda Municipal de Musica z Santiago. Już było fantastycznie, a dopiero się ściemniało. Wieczorem, oprócz kilku miejsc z doskonałym jedzeniem, trafiliśmy jeszcze na koncert – imprezę. Hiszpańska muzyka, 10, może 12 grających i śpiewających i rozbawiona, często tańcząca ekipa turystów. No atmosfera jak z filmu o Hiszpanii! Posiedzilismy trochę i trzeba było się zbierać. Pożegnaliśmy Santiago z okien najpierw autobusu a potem samolotu, który… leciał do Madrytu. I tu właśnie doleciał. Najpierw odbyło się “zwiedzanie” ogromnego lotniska. Ale w końcu się udało i dotarliśmy do hostelu. Zostawiliśmy plecaki i poszliśmy na miasto. Trudno mówić o zwiedzeniu Madrytu w jeden dzień, ale w każdym razie dotknęlismy miasta. Imponujące! Zmiana ze spokojnych wiosek, polnych dróg i centrum Santiago na stolicę jeszcze potęguje wrażenie. Mieliśmy też okazję zdziwić się sobą. Zareagowaliśmy na to odwrotnie niż byśmy się spodziewali. Asia jest zachwycona, podoba się jej że ogrom, rozmach i tyle ludzi a Janusz zachowuje nieco większy dystans. A to niespodzianka!
Dziś wracamy do domu.