No i dotarliśmy do Santiago.
Rano pobudka jak zwykle o 7.00, zwijanie namiotu, kilka kroków (i tym razem naprawdę kilka kroków a nie 12 km) na śniadanko i w drogę. Trzeba przyznać, że teraz widać już prawdziwe tłumy caminowiczów. W zasadzie nie było momentów, w których przed albo za nami nikt by nie szedł. Minęliśmy kilka wiosek i… zaczęło się Santiago. Po drodze poznaliśmy jeszcze Beatę z Nowego Sącza, która od kilku lat mieszka w Szwajcarii i duża część drogi upłynęła nam na super rozmowie. Pozdrawiamy Beatę i Jej rodzinę 🙂
Samo Santiago zrobiło na nas duże wrażenie. Imponujące w zasadzie. Może z powodu kontrastu z ostatnio mijanymi malutkim miejscowościami, może z powodu 360km w nogach, nie wiemy, ale zrobiło.
Spotkaliśmy się z “naszą” Olą z Gdańska, umówiliśmy się na wieczór i ruszyliśmy na pole namiotowe – prawie 3km za miastem. Warto było. Dobra cena i basen zwróciły nam poniesionybtrud dodatkowej drogi. Kąpanko, chwila odpoczynku i z powrotem do starego miasta. Spotkaliśmy się z Olą i poszliśmy razem na kolację. Trafiliśmy w cudowne miejsce, pełne ludzi, z fantastycznym jedzeniem. Tej kolacji długo nie zapomnimy.
Wieczór w Santiago absolutnie nas zaczarował. Restauracje, kawiarnie, stare domy, muzyka… W końcu pożegnaliśmy się – Ola jutro wraca i… wróciliśmy na pole o wiele później niż zamierzalismy, ale kolejny raz to napiszę – warto było.