Jak wiadomo… w sumie to niekoniecznie wiadomo wszystkim, ale my wiemy, a jak wszyscy myślimy o świecie przez swój własny pryzmat :)… No więc jak wiadomo, na przełomie sierpnia i wrześnie wybieramy się na wielką wyprawę. Wyprawa jest wielka dla nas, bo oczywiście ludzie wybierają się na o wiele większe, ale dla nas będzie to wydarzenie. Jedziemy do Portugalii i szlakiem świętego Jakuba przejdziemy na piechotę jakieś 300 km. Aby (w naszym wieku ;P) przeżyć taką wyprawę, należy się przygotować i dlatego właśnie dużo chodzimy, a ostatnie kilka dni spędziliśmy na wycieczce na Jurze. Właśnie wróciliśmy, chociaż wycieczka była planowana na jeszcze jeden dzień. Pogoda jaka jest – każdy widzi, a są to chyba najzimniejsze i najbardziej deszczowe dni od początku kwietnia. No ale akurat teraz udało się mieć 4 dni wolnego… Zawsze coś. Zamiast się złościć i zostać w domu, co było (nie ukrywam) bardzo kuszące, spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na Jurę. Pociągiem. Miejsce wybraliśmy nieprzypadkowo – w razie czego tanie bilety i łatwo wrócić, jeśli polegniemy. 
Jesteśmy przyzwyczajeni do podróżowania samochodem, więc już na etapie pakowania czekało nas wyzwanie – wszystko zabrać, ale pamiętać, że każde 100g będziemy nieść na własnych plecach. Udało się! Jedyna zmiana, jakiej byśmy dokonali i zrobimy to na naszą wyprawę życia, to zamiana koszulek do spania z krótkiego na długi rękaw. Okazuje się, że pewnych rzeczy się nie zapomina i pławimy się teraz w poczuciu sukcesu. 7 i 10 kg w dwóch plecakach załatwiło sprawę. 
Wprawdzie nie było apartamentu z łazienką, części restauracyjnej z menu dla wybrednych, ale… zachód słońca wśród różowej trawy (serio, była różowa), wieczorny śpiew ptaków (tak, przed czwartą rano też śpiewały:), kiełbasa z ogniska, woda ze studni, setki motyli grzejących się nad ranem, kilogramy jagód i malin, cudowne widoki, a nawet padający całą noc deszcz są nie do zapomnienia. No i daliśmy radę! A to ważne jeśli chodzi o nasze przygotowania. W sumie gdyby była super pogoda, byłoby fajnie, ale nie sprawdzilibyśmy czy nie będzie nam za zimno, czy namiot nie przecieka ani czy warto brać peleryny.
Przy okazji upadł jeden z moich osobistych stereotypów na temat wędrówek. Zawsze wiedziałam w jakich butach należy wędrować. Najpierw były to harcerskie traperki, potem porządne górskie buty. Wiadomo. Ostatnio, jakiś już czas temu przekonałam się, że mogą to być równie porządne “niskie” buty. No bo przecież nie mówimy o wędrówce po Tatrach. Ostatnio nastąpił przełom. 
Przyjaciółka namówiła mnie na kupno sandałów trekkingowych. Najpierw pomysł wyśmiałam. Rok temu.
Potem zobaczyłam jak ona ich używa i stwierdziłam, że może na jakieś spacerki to nawet fajny pomysł. Nabyłam drogą kupna i … okazuje się, że jest to rewelacja. Przynajmniej dla mnie. Obawiałam się o wygodę, ale jeśli po przejściu ponad 30 km jednego dnia człowiek ubiera je dnia następnego z przyjemnością, to chyba coś znaczy. Jasne, ale w lesie, po piasku… – ciągle będę je wytrzepywać; niespodzianka – skubane są tak wyprofilowane, że ani razu nie wpadł mi do nich żaden kamyk ani patyk. Na próbę wzięłam je tym razem na 3 dni na Jurę. Okazuje się, że pomimo naprawdę paskudnej pogody sprawdziły się do tego stopnia, że pojadą ze mną do Portugalii.  
Pozostając wierna wielu zapewne stereotypom, które porządkują moje życie, z tego akurat bez żalu rezygnuję. 
I polecam wycieczki nawet jeśli pogoda nie sprzyja. Wtedy właśnie powstają nasze najfajniejsze wspólne wspomnienia :). 
trawa naprawdę była różowa 🙂