Podobno jednym z większych źródeł stresu we współczesnym świecie jest wolno działający internet i ogólnie “mulący” komputer. Nie sprawdzałam tego bardzo wnikliwie, ale wydaje się to dość prawdopodobne. My już od jakiegoś czasu doświadczaliśmy tego stresu tym bardziej, że korzystaliśmy ze starego systemu, który niemal ciągle informował nas o tym, że nie jest już wspierany i nic, ale to nic nie będzie dobrze działało. Może trochę dramatyzuję, ale tylko trochę. W każdym razie nastał ów dzień. Po zaopatrzeniu się w stosowne urządzenia, programy i takie tam, Mąż wcielił się w rolę Pana Od Komputerów i zabrał się do roboty. Fizycznie, nie jest to ciężka praca, ale jak dawno już zauważył Pan Murphy – jeśli coś może się nie udać, nie uda się na pewno. Zgodnie z jego prawami (pana Murphy’ego) nie wszystko okazało się proste i stąd tytuł dzisiejszego posta. No bo tego typu działania zwykle właśnie taki sądny dzień przypominają. Chyba znów trochę dramatyzuję. Ale tylko trochę :).
Mąż nieco się zdenerwował, kiedy komputer, który “nie widzi” klawiatury z uporem godnym czegoś większego nalegał “wciśnij ENTER”. No ciekawe jak to zrobić! 
Generalnie takie rzeczy zajmują jakieś dwa do trzech razy tyle czasu ile zostało zaplanowane. Jakimś pomysłem jest planowanie śmiesznie krótkich chwil na takie zajęcia w nadziei, że uda się oszukać system i uda się zamknąć sprawę w jakimś rozsądnym czasie. Pracujący nad sztuczną inteligencją powinni się tym poważnie zainteresować, bo to się jakoś nigdy nie udaje. Złośliwość rzeczy martwych mówią jedno, ale inni twierdzą, że do bycia złośliwym potrzebna jest pewna doza inteligencji…
W każdym razie dzieje się, a my jak na razie ciągle wychodzimy z tego obronną ręką. Jak wiadomo w takie dni bardzo łatwo jest zapomnieć o tych wszystkich miłych słowach, wielkiej miłości, a nawet elementarnej uprzejmości, trudno natomiast docenić obiad, zrobić herbatę i nie burczeć na siebie nawzajem. Życie. I nie ułatwia sprawy grubszy porządek w kuchni w wykonaniu drugiej połowy naszego małżeństwa. Ani to, że nie wszystko udało się kupić (bo zapomniałam…), i muszę pisać na laptopie, a nie lubię, i trzeba z YouTube’a uczyć się jak podzielić dysk na partycje. A ten nowy dysk chrupie prawie tak jak stary, a zmień tę muzykę na jakąś prawdziwą muzykę… Macie to?
No własnie. 
Ale w takie dni też możemy jednak być dla siebie po prostu mili, możemy o siebie nawzajem dbać, dawać sobie trochę więcej przestrzeni i trochę więcej się troszczyć. Trochę się jednak postarać. I trochę pomyśleć. I nie palnąć “to może jednak poproś Rysia o pomoc, sam proponował”, bo przecież sama tłumaczę innym kobietom, że mężowi się tego nie robi. To On jest przecież najlepszy na całym świecie i tak ma być 🙂 (a jak coś mu się nie uda, to przecież w końcu znajdzie jakiegoś specjalistę; a i tak zna się na tym lepiej niż ja). I można przytulić i powiedzieć, że się lubimy, i zrobić serduszko z jakiegoś niepotrzebnego drucika, i powiedzieć, że pyszny obiad i iść na kawę do zaprzyjaźnionej kawiarni, w której ktoś ma dziś urodziny, i zaplanować, że o 21.00 kończymy wszystkie prace – najwyżej zostaną na jutro (albo zrobić wszystko do końca, żeby jutro wstać w nowym świecie – jak kto woli :); można mieć naprawdę dobry dzień.
Wtedy okazuje się, że taki sądny dzień można wygrać 🙂 i na dodatek mieć kilka fajnych wspomnień.