Jeszcze nie teraz. Za półtora miesiąca…
Toż to prawie jutro!!!

Aaaaaaa!!!!!! 
(wykonuję teraz chaotyczne ruchy rękami i patrzę gdzieś w dal błądząc nieobecnym wzrokiem).
Naprawdę nie mam pojęcia kiedy to wszystko się stało. Hmmm… No niby jednak mam, w końcu te 25 lat naprawdę minęło i nawet pamiętam kolejne lata, fajnie spędzone wakacje, albo te trochę mniej dla mnie fajne, bo nie dostałam urlopu i dzieci pojechały z Tatą… Więc niby wiem kiedy to minęło, ale tak zaraz ślub? Moje dziecko? Jak to? Pamiętam malutkiego Synka, pamiętam trochę większego. Pamiętam jak sam uznał, że jest już duży i teraz “ja sam”. Jasne, że tak. Przedszkole, jedna szkoła, druga, trzecia, różne szkolne historie… Jedne lepsze, inne trochę gorsze. Siedzenie przy łóżeczku, kiedy mój mały, a potem już trochę większy Synek nie umiał zasnąć. Godziny, a nawet chyba dziesiątki godzin wspomnień. Bycie mamą małego urwisa jest pełne wydarzeń, śmiesznych, a czasem i strasznych historii (jak ta o pierwszym samodzielnym spacerze na wczasach, który to spacer został przez wszystkich odebrany jako zgubienie się…). Bycie mamą trochę większego urwisa również obfituje we wspomnienia. I również jest ich mnóstwo. 
I przyszedł kiedyś taki dzień, w którym zadzwonił telefon. 
Mamo, poznałem cudowną dziewczynę! Módl się chyba.
Minęło kilka tygodni Kolejny telefon od Syna, który właśnie miał przyjechać do domu.
Hej, to ja. Będę za jakieś 20 minut, a i jestem z Kasią. To się poznacie.
Zawsze nasz dom był również domem naszych dzieci i mieliśmy zasadę, że nie muszą pytać czy wolno im kogoś do domu przyprowadzać. Należało jedynie jasno poinformować resztę domowników kto będzie i kiedy.
Chwilę później wielkie, nieco przestraszone oczy zza długich jasnych włosów powiedziały nam 
– Dzień dobry, jestem Kasia.
I tak to się wszystko zaczęło :).
A tu teraz proszę – tylko trochę ponad miesiąc do ślubu.
I mnóstwo pytań. Co Im radzić? – gdzie powinni zamieszkać, gdzie pojechać na podróż poślubną, jak się ubrać, gdzie pracować, z kim przyjaźnić, co dalej ze studiami, i jak powinni radzić sobie z własnymi konfliktami? To tylko najważniejsze z pytań, które przetaczają się z hukiem po mojej matczynej głowie tam i z powrotem. No i najgorsze w tym jest to, że nawet najlepsze moje odpowiedzi, są moimi odpowiedziami… I… tylko moimi. Młodzi mogą nawet (i byłoby miło) wziąć je pod uwagę, ale odpowiedzi muszą znaleźć sami, bo to oni będą żyli w ich konsekwencjach. A nie ja. Ups.
A jak kiedyś, kilka epok temu, znajomi mówili mi, że “małe dzieci – mały kłopot; duże dzieci – duży kłopot”, to myślałam sobie, że chyba już zapomnieli jak to jest mieć małe dzieci i ogarniać cały ich świat. Nie zapomnieli, ale właśnie uczyli się jak przestać ten świat ogarniać, nie umierać z niepokoju i w prezencie dla swoich dzieci żyć z radością własnym życiem. A ogarnianiem świata mojego Syna zajmie się teraz zupełnie inna kobieta. 
I tak chyba powinno być.