No i …nadal zima. Gdybym miała wskaźnik zużycia baterii, to zdecydowanie pulsowałby rytmicznie, a obok pojawiłby się komunikat o konieczności ładowania. Tak, wiem, że ostatnie kilka dni jest trochę lepsze, ale…

Wiosny!!!
Ale, ale… to przecież nie jest blog meteorologiczny, prawda? 
Tyle, że w naszych bliskich relacjach również możemy zaobserwować coś podobnego do pór roku. Pory te, podobnie jak te w przyrodzie przeplatają się na zmianę i następują po sobie. Może nie jest to aż tak cykliczne, ale i w naturze zdarza się czasem rok bez prawdziwej zimy czy lata. Bywa. 
W naszych związkach jest trochę podobnie. Miewamy wiosnę – to wtedy kiedy się zakochujemy – kwitną kwiatki, świeci słonko, podskakujemy radośnie w rytm naszych serc, wszystko jest najwspanialsze na świecie i entuzjastyczne. Mija jakiś czas i kwiatki przekwitają. Pojawiają się liście, owoce, inne kwiatki, czasem pada deszcz, ale ciepły. Świeci słońce i czasem aż nas lekko przypala. Częściej jesteśmy zmęczeni. Jest wspaniale, ale jednak mniej entuzjastycznie – napawamy się, ale już spokojniej 🙂
Mija znowu jakiś czas – nadchodzi jesień. Słońce ogrzewa ale raczej ciepłym spokojnym blaskiem, kwiatki zmieniają się w owoce; taki owocujący sad jest super. Wieczory są już dłuższe, możemy sobie razem posiedzieć, ale wcale nie musimy. Zdecydowanie nie jest już tak gorąco jak było wcześniej. Zdarzają się nawet przymrozki. Ale w ciągu dnia robi się cieplej i ogólnie jest fajnie. Tylko trochę obawiamy się przyszłości, bo jak się zrobi naprawdę zimno?…
Potem jest zima. Huhuha – zima zła. Ale też bywa ładna. Jest zimno, ale płatki śniegu są piękne. Spokojnie siedzimy przy kominku, pijemy gorącą herbatę. Nie chce nam się wstawać co chwilę, więc zrobiliśmy duży dzbanek herbaty i przykryliśmy go specjalnym pokrowcem żeby nie stygła. Trzymamy ciepłe kubeczki w dłoniach i patrzymy na siebie. Nikt nie obiecywał wiecznej wiosny, ani lata. Jesieni też nie. Ale jest w porządku. Może i zimno, ale spokojnie. Cicho. 
I pięknie. Niestety czasem trzeba wyjść, a na zewnątrz jest strasznie zimno.
W końcu się dłuży. Szkoda nam minionej jesieni, tęsknimy za latem, marzymy o wiośnie…
Prawda jest taka, że przedwiośnie, chociaż niesie z sobą nadzieję, jest najbrzydszą porą roku. Jeszcze jest zimno, słońce, jeśli świeci, to słabo i nie grzeje prawie wcale, a topniejący śnieg, który nawet sam w sobie nie wygląda dobrze, odkrywa na dodatek połamane gałązki i śmieci, które nazbierały się jakoś tak same. I nigdzie nie widać jeszcze nawet malutkich pączków. Wtedy naprawdę jest trudno. I w sensie meteorologicznym i, nawet bardziej, życiowym. Wszystko jest nie tak jak powinno, wydaje nam się, że wiosna nigdy tu już nie przyjdzie, a nawet jak zaświeci słońce, to widzimy tylko szarą burość i suche badyle. Jest po prostu okropnie i znikąd nadziei. Jak w takich warunkach w ogóle wierzyć w wiosnę???
Jak się przez takie kółko przejdzie kilka razy w życiu, trochę łatwiej o spokój. Wiemy już, że tak to jest: wiosna – lato – jesień – zima – wiosna – lato….
Trudno, naprawdę trudno jeśli człowiek myślał, że wiosna będzie trwała całe życie. Jeszcze trudniej, gdy już nawet i wie, że nie, ale z całym zapałem i wiarą w czary pędzi za wiosną całe swoje życie. Albo usiłuje.
Życie to życie i rok potrzebuje wszystkich swoich pór. Prawdziwy związek też.
Ale też trzeba umieć sobie z nimi radzić. Podobnie jak w różny sposób przygotowujemy się do kolejnych pór roku, powinniśmy przygotować się na te dotyczące naszej relacji. Na jakimkolwiek etapie jesteś – będzie następny. A jeśli masz przygotowane kąpielówki, plażowy ręcznik i klapeczki a tu idzie zima – będzie słabo. Po jesieni spodziewaj się jednak raczej zimy i przygotuj gruby sweter, ciepłe buty i kocyk.
A tymczasem… przedwiośnie w całej pełni. Jak sobie radzić? Jak wytrzymać do upragnionej wiosny?
Jedna podpowiedź, która sprawdza się u nas podczas każdorazowego przedwiośnia (jeśli rozumiecie, co mam na myśli 😉
To coś, co mają nasze smartfony. Zwykle  jednym z rogów ekranu komórki jest pasek zużycia baterii. Tak, ten, który u mnie pulsuje od jakiegoś czasu. Właśnie o to pulsowanie chodzi. Zwróć na nie uwagę kiedy tylko się zaczyna, bo potem może być za późno.  Z jednej strony komunikat “zostało tylko 20% baterii” pojawia się zdecydowanie za wcześnie. Przecież  20% to naprawdę całkiem sporo! Dużo jeszcze można zrobić. No niby tak, ale zbyt wiele razy moja komórka padła w niewygodnym dla mnie momencie, żebym bardzo się upierała przy tym, że 20 % to za wcześnie. I przekonałam się ostatnimi czasy do używania nowej funkcji. Otóż jest w mojej komórce coś takiego jak “tryb niskiego zużycia baterii”. I on się przydaje. W życiu baterii, ale i moim własnym. Kiedy pojawia się ten denerwujący komunikat, przechodzę na ten tryb. Komunikat może mieć różne formy, zwłaszcza jeśli właśnie zaczęło się przedwiośnie. Łatwo się denerwujemy,  irytują nas rzeczy, do których dawno już powinniśmy się przyzwyczaić (i to już samo w sobie nas irytuje), nic nam nie wychodzi, wszystkie szklanki, które do tej pory było w połowie pełne, stają się puste w tej drugiej połowie, ludzie wokół zaczynają się nas czepiać i wymagać za dużo, i nie w porę, a w ogóle to boli mnie głowa i dajcie mi wszyscy święty spokój – to znak, i to wyraźny, że należy przejść w tryb niskiego zużycia energii. To jedyny sposób aby przetrwać do wiosny, to znaczy do następnego ładowania.
Tak czy siak jesteśmy w takim czasie zdecydowanie mniej wydajni więc warto mieć to pod kontrolą. Nie chodzi o to, żeby wycofać się, gdzieś schować i po prostu przeczekać. To kuszące, ale zwykle całkiem zwyczajnie niemożliwe. Zachowując kontrolę i resztki sił przejrzyjmy nasze “ustawienia” i sprawdźmy z czego na razie możemy zrezygnować. Warto zatrzymać automatyczne pobieranie maili czy odświeżanie w tle całego mnóstwa aplikacji. Zostaw tylko te najważniejsze. To nie jest dobry czas na podejmowanie decyzji, angażowanie się w nowe pomysły; generalnie na nic, co wymaga poświęcenia energii. Poczekajmy z tymi rzeczami do wiosny, a tymczasem uzbrójmy się w cierpliwość.