Jeszcze w starym roku byłem gościem na poczwórnej imprezie urodzinowej. Czworo Jubilatów, mnóstwo gości – moi, twoi, jej, jego, nasi, wasi, ich i wspólni – trochę nas było :); jeszcze więcej prezentów, piękna klimatyczna chata i bardzo dobre jedzenie. Glutenowe, bezglutenowe, wegetariańskie, mięsne, wegańskie i jakie tylko można sobie wymarzyć. Dla każdego coś dobrego, bo przecież każdy z nas jest inny i każdy ma swoje potrzeby. Osobiście najbardziej wspominam tort lodowy – majstersztyk. Bardzo dziękuję twórcy tego kulinarnego arcydzieła. Gospodarze imprezy zadbali także o to, byśmy się nie nudzili (tak jakby można się było nudzić w tak doborowym towarzystwie) i przygotowali zabawę. Graliśmy w “white elephant’a” i było cudnie. Zabawa z grubsza polega na wymianie nietrafionych prezentów, a jest grą, ponieważ prezenty raczej się losuje niż wybiera. Dużo hałasu i śmiechu. Moja Ulubiona Żona wygrała śliczny kalendarz, i to o dziwo, na 2017 rok. Ogólny bilans – pozbyliśmy się dwóch nietrafionych prezentów, a wróciliśmy do domu z jednym (oczywiście nie chodzi tutaj o kalendarz). Nieźle. Będzie jak znalazł na podobną zabawę w przyszłym roku :). Ale “White elephant” pochodzi z Tajlandii, do nas przywędrował ze Stanów, a w tytule zwyczaje są holenderskie… O co chodzi? Ano o kolejny punkt programy naszej imprezy. Wprowadzenie było takie, że Holendrzy mają dużo dziwnych zwyczajów i niektóre z nich do “white elephant’a” pasują. Sam holenderskich zwyczajów nie znam, bo spędziłem w tym, pięknym podobno, kraju tylko kilka godzin w autokarze, w drodze do Wielkiej Brytanii. Muszę więc wierzyć na słowo, że holenderskie imprezy obfitują w dziwne, holenderskie zwyczaje. Jednym z nich jest to, że kiedy ktoś ma urodziny, składa się życzenia nie tylko tej osobie, ale także jej bliskim. Dwie z naszych Świętujących uznały, że to my właśnie jesteśmy Im bliscy i chciały złożyć nam życzenia urodzinowe z okazji Ich urodzin. Nie tylko chciały, ale się do tego przygotowały i właśnie zaczynają. Powiedziały też, że miały obawy czy to rzeczywiście dobry pomysł, a ja sam przychyliłem się do tych obaw. Jak my, Polacy, przyzwyczajeni raczej do narzekania i zauważania “dziury w całym”, damy radę? Głęboki oddech. Słuchamy.
Kilkanaście osób wysłuchało tego, co Jubilatki chciały im przekazać. Kim są, jaki mają wpływ i dlaczego. Trwało to trochę, ale nie widziałem, żeby ktokolwiek się nudził. Wszyscy słuchali, zakręciła się łza w niejednym oku. Dowiedzieliśmy się duuużo dobrego o sobie nawzajem. 
Niby wszyscy wiemy, że mamy wpływ na innych, że przyjaźń jest ważna, że potrzebujemy siebie nawzajem. Dużo się o tym mówi. Ale zupełnie inna sprawa, kiedy człowiek sam zetknie się z tym kim jest dla Drugiego. Kiedy ten Drugi mu to po prostu powie. Jeszcze kilka dni po imprezie myślałem o tym, co usłyszałem o sobie, i o innych. To niesamowite, jak wielkie znaczenie mamy dla siebie nawzajem, jak relacje zmieniają nasze życie. Nikt z nas nie byłby tym, kim jest bez Innych. 
Podobał mi się ten “holenderski zwyczaj” i jeśli inne holenderskie zwyczaje są takie jak ten, to w 2017 roku chcę się bawić jak rodowity Holender!
I tego samego Wam życzę!