Występują:
Mąż, Żona, Mamusia jednego z małżonków,
Pan z telefonicznej obsługi klienta w pewnej firmie,
Panowie kurierzy
Wprowadzenie:
Ponad już miesiąc temu zakupiliśmy nowe fotele do dużego pokoju. Stare były… stare, naprawdę zniszczone i niestety zgubne dla mojego kręgosłupa. Do kompletu z fotelami jest wersalka (więc goście nadal mogą u nas nocować :). No i stół. bo poprzedni, odziedziczony po kimś prawie 30 lat temu jakoś by nie pasował. Na meble należało poczekać 40 dni roboczych. Ok, są robione i sprowadzane do sklepu, nie ma problemu. Dostaliśmy super ofertę jeśli chodzi o cenę, więc możemy poczekać. Czekamy. Czekamy. Czekamy.

Akcja:
W końcu przychodzi SMS. Prosimy zadzwonić do sklepu w celu ustalenia terminu przywiezienia zamówionego towaru. WOW!!! Super, wreszcie! I to po 38 dniach roboczych. Stare meble zostały oddane w dobre ręce pewnego studenta, który za ich pomocą wprowadził odrobinę luksusu do swojej tymczasowej, studenckiej posiadłości.
Rano telefon – pan kurier wolałby przyjechać teraz, zaraz rano, a nie po 15.00 jak się umawiał. Dobra, po krótkiej rozmowie, Żona i Mąż decydują: akurat nam pasuje, bo spotkanie, które mieliśmy mieć przed południem zostało przesunięte na inny termin. Szybkie ogarnianie.
Dzwonek. Są panowie. Niosą meble. Na meblach nieco niepokojąca notatka w formie przyklejonej do folii kartki – “elementy drewniane, uszkodzenia mechaniczne nie podlegają reklamacji”. No, nieco niepokojąca notatka przy zakupie drewnianych mebli… Z powodu tej notatki Żona decyduje się rozpakować “przody” mebli i sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Folia nieuszkodzona, fronty wyglądają na całe, panowie się spieszą. Mąż podpisuje papierki i razem z Żoną zabierają się za rozpakowywanie nowego nabytku. W międzyczasie śniadanie. Pycha 🙂
Rozpakowują folie. Tylne nogi foteli okazują się nie bardzo mocno, ale jednak powgniatane. Ups. No zobaczymy… Front jednego fotela najwyraźniej ktoś postawił na podłodze na piasku i drobne ziarenka powgniatały się w lakier. I podnóżka też. No ładnie to to nie wygląda. Chyba będzie trzeba jednak składać reklamację. Ciśnienie rośnie. Przychodzi Mamusia. Pokazują, rozmawiają, rzeczywiście są wgniecenia. Powinni przyjąć reklamację albo opuścić cenę, bo jednak to nie jest tak całkiem pierwszy gatunek. No zobaczymy.
Mąż i Żona rozpakowują stolik. Mamusia pije herbatę. O! To całkiem inny stolik niż ten, który zamówili. Ciśnienie nadal rośnie. Telefon do firmy, w której złożono zamówienie. Pan z telefonicznej obsługi klienta w pewnej firmie odpowiada, że nie ma żadnego problemu, bo on sprawdzi na magazynie i porówna z zamówieniem, ale tak od razu tego się nie da zrobić, więc tak koło 16.00 zadzwoni i powie co się stało. Jest po dziesiątej. Ciśnienie rośnie. Tym razem gwałtownie. Mąż wytrzymuje presję (oklaski) i dochodzi z Panem z telefonicznej obsługi klienta do porozumienia. Pan dowie się “jak najszybciej to tylko będzie możliwe”. Pół godziny później telefon. Stolik się znalazł, panowie przywiozą i podmienią. Ciśnienie nieco opada. Ale nie całkiem. Panowie przywożą, podmieniają i tłumaczą procedury reklamacji Mężowi. Żona i Mamusia piją tymczasem kolejną herbatkę. Tym razem jest to meliska. Mąż i Żona oddychają spokojnie, okazuje się, że nie zostaną bez mebli na kolejne 40 dni roboczych. Zabierają się za stolik. Już, już zaczynają się cieszyć i wtedy okazuje się, że szyba, która jest częścią stolika, niestety zupełnie do niego nie pasuje. Mniej więcej w tym samym momencie Żona zauważa, że coś dźga ją w serdeczny palec lewej ręki. Pękł jej ulubiony pierścionek. Ciśnienie rośnie. Żona i Mąż jadą do sklepu. Z nimi Mamusia, która ma coś do załatwienia i wysiada po drodze. Żona idzie sobie pooglądać a Mąż bohatersko, wraz z obsługą sklepu wymyśla, że można podmienić szybę ze stolikiem z wystawy i tak czekać na reklamację (dwa tygodnie). Mąż wraca do domu, zabiera szybę, zawozi do sklepu i tam okazuje się, że szyba jest idealna. To stolik jest za mały. Ten w sklepie jest identyczny i oczywiście również nie pasuje do szyby. Mąż się poddaje i wraca do domu z dobrą szybą do niepasującego stolika. Pije z Żoną herbatę. Postanawiają oboje się nie przejmować. Mocno pomaga im wspomnienie wczorajszego spotkania z przyjaciółmi, którzy dwa i pół roku podróżowali po Afryce. Rozmawiają o perspektywie. Przychodzi SMS z potwierdzeniem złożenia reklamacji.
Przychodzą goście. Mnóstwo śmiechu, wszyscy życzą udanych pertraktacji ze sklepem. Ciśnienie opada.
Kurtyna opada również.

Co z tego wynika?

Pędząc w ciągu tego dnia, załatwiając wszystko zupełnie inaczej i w innej kolejności niż planowaliśmy nie mogliśmy nie porównywać tego ze wspomnieniem wczorajszego, wieczornego spotkania. Sylwia i Michał ponad dwa lata jeździli po Afryce. Własnoręcznie zrobionym z Fiata Ducato (chyba) campo-carem. Zrobili nim jakieś miliony kilometrów, w końcu go sprzedali żeby ruszyć dalej z… plecakami. Potem kupili motor. I to był cały ich dobytek. Afryka, którą nam pokazali, o której opowiedzieli to miejsce, w którym ludzi nie mają problemow z zakupem mebli. I są szczęśliwi, potrafią się dzielić z innymi. Oczywiście żyjemy w tym świecie i musimy mieć jakieś meble, ale ta cała historia bardzo dobitnie postawiła nas (nie pierwszy raz tu jesteśmy) przed pytaniem o to, co naprawdę jest dla nas ważne, o to na co warto tracić nerwy, w jakich warunkach można przyjąć gości, a w jakich nie i czy, kiedy rośnie ciśnienie mamy prawo okazywać sobie zniecierpliwienie i złość (bo przecież mamy takie prawo, nie?), czy może przede wszystkim właśnie wtedy kiedy jest trochę trudniej niż zwykle, powinniśmy tym bardziej sobie nawzajem pomagać.
Pozdrawiamy Sylwię i Michała i zapraszamy zainteresowanych na Ich bloga o podróży Rainbow Truck.

A oto Sylwia i Michał ze swoim dobytkiem (zdjęcie pochodzi z Ich bloga)

* oczywiście pod względem formalnym nie jest to dramat w żadnym wypadku