Od kilku dni przeglądamy stare zdjęcia. Ściągnęliśmy wielkie pudło z szafy, starliśmy kurz i “digitalizujemy rodzinne archiwum”. Prawdopodobnie jakaś historia z tym związana, a może nawet kilka, doczeka się swojego wpisu na blogu. Wrażliwych od razu uspokajam – stwór na obrazku nie jest żadnym z nas. Nawet wiele, wiele lat temu nikt z nas tak nie wyglądał. Jest to całkiem zwykły wielbłąd z chorzowskiego ZOO, któremu zdjęcie zrobiła jakiś czas temu nasza Córka.
Kiedy znalazłam to zdjęcie przypomniałam sobie pewne stare przysłowie. Raczej nie jest to polskie przysłowie, bo wielbłądy nie są tak do końca polskie 🙂 Ale inne narody też swoją mądrość mają. Oto ona:

“można wielbłąda zaprowadzić do wodopoju, 
ale nie można zmusić go, by się napił”. 
Tylko co ma piernik do wiatraka albo wielbłąd do bloga o relacjach? Otóż od jakiegoś czasu zastanawiam się nad zmianą. Nie zmianą jako taką, raczej taką, którą się planuje, której się pragnie, bo jest związana z jakąś niewygodą, pragnieniem czegoś innego, czegoś więcej. Dokonuje się jej świadomie, często z wysiłkiem, kiedy jest nam niewygodnie, kiedy “kamień w bucie” uwiera na tyle mocno i długo, że decydujemy się zatrzymać, rozwiązać sznurówki i coś z nim wreszcie zrobić. Chyba, że jednak nie. Czasem decydujemy się iść dalej. Z różnych powodów: bo przecież nie jest wcale aż tak źle/ bo jakoś się przyzwyczaję/ bo już tyle przeszłam/ bo jestem już za stara na zmiany/ bo wszyscy przecież tak chodzą i jakoś żyją/ bo jeszcze jestem za młoda i niewiele wiem o chodzeniu z kamieniem w butach; może tak właśnie ma być?/ a kto powiedział, że w butach twojego życia nie będzie kamieni?
Ostatnio niepokojąco często słyszę tego rodzaju twierdzenia. I niestety nie dotyczą one kamienia w bucie tylko funkcjonowania w rodzinie. No i tu przychodzi czas na wielbłąda i jego przysłowie.
Z nami i naszymi problemami jest dokładnie tak jak z nim. Ktoś może nas “zaprowadzić”, może wszystkiego nas nauczyć, wytłumaczyć. Jesteśmy u wodopoju. Ale napić się musimy sami. Oczywiście, nikt z nas wielbłądem nie jest – mamy, w przeciwieństwie do niego, możliwość nie dać się nigdzie zaprowadzić, ale to niczego nie ułatwia. 
Pewnie, że wyciąganie takiego kamienia z buta trochę trwa, pewnie, że trzeba się zatrzymać, zauważyć, że to kamień a nie but jest winny, pochylić się, rozwiązać sznurówki, zdjąć rzeczone obuwie, wytrzepać, poprawić skarpety, założyć but z powrotem, zawiązać sznurówki i ruszyć dalej przyzwyczajając się do nowej sytuacji. Trochę tego jest… nawet w przypadku kamienia w bucie. Jest jeszcze więcej, gdy kamień zdąży już narobić większych kłopotów i trzeba nogę opatrzyć. Tak czy inaczej nie warto z nim w bucie chodzić. No naprawdę nie warto. Tak samo jak nie warto być spragnionym wielbłądem mieszkając przy wodopoju. 
W dość naturalny sposób dotyczy to więzi, które nas łączą. Czasem coś jest w nich nie tak. Oczywiście, że w każdym związku zdarzają się kamienie. Każdy, kto chodzi, czasem znajdzie w swoim bucie kamień. Ale łatwo jest nam winić tę drugą osobę, uznać sam związek za stracony. Wtedy wyrzucamy buty i decydujemy nigdy więcej nigdzie nie chodzić. Trochę to chyba bez sensu, nie? Tak jakby wspominany kilkakroć wielbłąd stanął spragniony przy źródle i stwierdził: “Strasznie chce mi się pić. Życie jest całkiem bez sensu. Nie będę pił, bo znów będzie mi się chciało”. 
Jak długo wytrzyma?