Kilka dni temu miałam gościa. Gość był bardzo miły i w ogóle było miło. Jak to z gościem.
Wywiązała się rozmowa. Jak to z gościem.
Rozmowa była na temat porządku i bałaganu oraz potrzebnych i nie-potrzebnych rzeczy w domu. Gość jest zwolennikiem minimalizmu. Ja nie. Zdecydowanie nie. Rozmowa gościa nie przekonała. Ale może jest szansa dla czytelnika 🙂 Kto wie?
Niniejszym spróbuję wytłumaczyć dlaczego nie jestem zwolennikiem minimalizmu, wyrzucania wszystkich możliwych niepotrzebnych rzeczy w celu utrzymania nieskazitelnego porządku w domu, “100 Things Challenge”, ani żadnych takich. No bo nie jestem. Nie jestem również jakimś zagorzałym przeciwnikiem, ale nie u mnie. No i chyba muszę się wytłumaczyć.
U mnie jest, i mam nadzieję będzie, mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Są to między innymi rzeczy, które zdaniem niektórych (w tym wspomnianego gościa) już dawno powinnam wyrzucić.
* jakiś milion świeczników
* prezenty od dzieci, z tego czasu, w którym jeszcze były dziećmi (kamyki, muszelki, miniaturowa latarnia,  pióro ary z ZOO)
* inne prezenty i pamiątki; między innymi figurka państwa młodych na ławeczce, która znajdowała się na pewnym pysznym torcie
* stare notatki
* nowe notatki
* filiżanki i kubeczki w ilościach bliskich hurtowym
* stare zdjęcia i kartki pocztowe z czasów, kiedy się je jeszcze wysyłało
* kilkanaście kaktusów i storczyków, które zbieram z okazji rożnych urodzin i przecen w supermarketach
* szmaty, szmatki i szmateczki, które “kiedyś się przydadzą”
* dwa duże pudła włóczek wszelakich (patrz wyżej)
* całe pudełko niekompletnych kolczyków, zawieszek i takich tam różnych
no i jeszcze długo można by wymieniać.
Dlaczego nie chcę się tego pozbyć? Bo to są moje rzeczy! Może i nie sprzyjają regularnym szybkim porządkom, ale są moje i dzięki nim, kiedy wracam do domu wiem, że jest to mój dom, a nie pokazowy dom ze szwedzkiego sklepu z meblami (przepraszam szwedzki sklep z meblami – jest całkiem spoko). Mam dzięki nim wspomnienia, które, gdyby nie te przedmioty, dawno by się już zatarły. A ja lubię je mieć.
Czasem myślę też, że taki zupełny minimalizm to trochę zawoalowana forma… konsumpcyjnego stylu życia.
Mam tylko 100 rzeczy. Haha! Jestem wolnym człowiekiem! Ale kiedy jestem głodny – jem w restauracji (no bo przecież nie mam zupełnie zbędnych talerzy ani garnków), kiedy coś mi się zepsuje – kupuję nowe (wiecie: igła, nici, śrubokręt, młotek, taśma klejąca – to kolejne rzeczy, których jako wolny od konsumpcji człowiek oczywiście nie posiadam).
A, no i nie mogę zaprosić gości, bo nie mam w czym podać im herbaty, ani gdzie ich posadzić a tym bardziej położyć. Spotykamy się “na mieście”.
No więc taki styl życia i taki dom jest zupełnie nie dla mnie. I dlatego nie jestem zwolennikiem minimalizmu. Dużo bardziej niż przykładowy dom z katalogu podoba mi się norka Hobbita. Nie taka szkaradna, brudna, wilgotna nora, oczywiście, ani też sucha, piaszczysta nora bez stołka, na którym by można usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni. Norka Hobbita, to znaczy norka z wygodami :)*
I do takiej zdecydowanie mi bliżej (chociaż okrągłe drzwi nie są konieczne. Podoba mi się jej klimat).
Może to i nie jest najpraktyczniejszy dom na świecie, może i poświęcam trochę więcej czasu na doprowadzanie do porządku “łapaczy kurzu”. Pewnie tak. Ale dobrze się tu czuję i lubię tu mieszkać.
To jest mój dom.

* Więcej o norce Hobbita: 
Miała drzwi doskonale okrągłe jak okienko okrętowe, pomalowane na zielono, z lśniącą, żółtą mosiężną klamką, sterczącą dokładnie pośrodku. Drzwi prowadziły do hallu, który miał kształt rury i wyglądał jak tunel: był to bardzo wygodny tunel, nie zadymiony, z boazerią na ścianach i chodnikiem na kafelkowej podłodze; nie brakowało tu politurowanych krzeseł ani mnóstwa wieszaków na kapelusze i płaszcze, bo hobbit bardzo lubił gości. 
Cała norka, jak i mieszkający w niej Hobbit jest opisany w książce “JRR Tolkiena “Hobbit, czyli tam i z powrotem”.