Czasami w naszym życiu zdarzają się rzeczy, które nigdy, ale to nigdy nie powinny się wydarzyć. Nigdy, nigdzie i nikomu. Mówimy wtedy, że cały świat usuwa się nam spod nóg, niebo spada nam na głowę albo coś podobnego. I rzeczywiście tak to właśnie jest. Tak się czujemy. Świat wokół zamiera a my, z jakiegoś niezrozumiałego powodu ciągle oddychamy. I tak właśnie było. Stoi człowiek ze słuchawką telefonu w ręku, gapi się szeroko otwartymi oczami w ścianę i … ciągle oddycha. Wdech – wydech, wdech – wydech. A świat wokół  – zamarły a jednak ciągle biegnący do przodu – nie do końca przebija się przez  niezrozumienie i ból.
Nie wiadomo co powiedzieć, nie wiadomo do kogo.
Niedowierzanie, przerażenie, strach i całe mnóstwo innych, niekoniecznie nazwanych, emocji.
To jak? Moja siostra? Zmarła? Jak to? Dlaczego? I nie będzie już dzwoniła? Nie odwiedzi mnie? I nie pojadę do Niej w maju? Stoję w odrętwieniu i kompletnie nie wiem co robić.

Po chwili dzwonek domofonu. Dobrze znajomy głos, sam dobrze znający taki ból, pyta: “Jesteśmy na dole, możemy wejść? Przyniosłyśmy zupę pocieszenia, ale jak nie chcesz to pójdziemy sobie”.
Przyjaźń to na prawdę jest coś niezwykłego.
I takiej przyjaźni, troski, zainteresowania doświadczyłam w ostatnich dniach bardzo, bardzo wiele. Ktoś dzwonił, ktoś spędził ze mną popołudnie, ktoś zajął się mamą, ktoś napisał list a z iluś propozycji pomocy nawet nie skorzystałam. Jedni bliżej, inni dalej. Przyjaciele byli i nadal są ze mną. Nie wiem, czy poradziłabym sobie bez tego. Dobrze, że nie muszę.