Znajomi kupili zabawkę swojemu kotu, który trochę się czasem nudzi. “Automatyczny laser pointer dla kota”. Jego zadanie bawiące polega na kreśleniu światełkiem lasera losowo wybranych wzorów. Można włączyć tryb automatyczny i na przykład wyjść z pokoju albo przejść na manualny i samemu machać urządzeniem. A kot się cieszy. Zabawka, zgodnie z instrukcją, zapewnia twojemu pupilowi wiele godzin zabawy, ale… automatycznie wyłącza się po 15 minutach. No cóż, podobno nie można mieć wszystkiego. Wracając do sprawy: kiedy urządzenie się wyłączy, kot siada i czeka aż znów się włączy. I się cieszy. Po jakimś czasie interesuje się czymś innym, ale kiedy tylko włączysz czerwone światełko – znów jest szczęśliwy i biega jak oszalały próbując je złapać i prawda jest taka, że nie ma większego znaczenia czy działa ono w trybie automatycznym czy manualnym. Sama nie mam kota, ale wszystkie koty mi znane tak właśnie działają. Nie mam pojęcia dlaczego.
Ale ostatnio zauważyłam, że nie jest to wyłącznie kocia specjalność.
Kilka razy, w rozmowach i nie tylko, spotkałam ludzi-koty, którzy zamiast na poważnie zająć się życiem, ganiają za “laser pointerem” i nie przeszkadza im nawet wiedza, że działa on w trybie automatycznym.
O! Świeci się! Biegiem, biegiem, bo zaraz zgaśnie i nie będzie zabawy!
Żeby sprawę wyjaśnić – absolutnie nie jestem przeciwna zabawie. Nawet niekoniecznie całkiem mądrej, bo jak zabawa jest mądra, to co to za zabawa, nie?
Ale takie bieganie za światełkiem to jednak chyba trochę za mało na cel w życiu.
Żyjemy w świecie, w którym laserowe światełka błyszczą z każdej strony i o każdej porze. Czasem jedno jeszcze nie zdąży zgasnąć, kiedy zaświeca się kolejne. I jeszcze jedno, i jeszcze!
I na dodatek zawsze jest to niezwykła okazja. Kolejne światełka mrugając i pędząc po tej, czy innej ścianie, zapewniają cię, że jak złapiesz akurat je – wreszcie będziesz na prawdę szczęśliwym człowiekiem. Tylko musisz wyżej skoczyć. Albo dalej.
Pół biedy, jeśli o zabawę chodzi, ale jak wielu z nas (i jak często ja sama) wierzymy, że prawdziwe szczęście jest tuż za rogiem? Od dawna wiadomo, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, i że trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie muru, czyli u sąsiada…a żyć trzeba u siebie.
Przypomina mi się jedna z ulubionych bajek mojego dzieciństwa – o Koziołku Matołku.
Koziołek zapragnął być pierwszą podkutą kozą na świecie i, aby tego dokonać oraz poinformować wszystkie pozostałe kozy o tym jak to jest być podkutym, musiał znaleźć Pacanów, gdzie, jak wiadomo, “kują kozy”. Cztery księgi pisane wierszem, pełne obrazków, które uwielbiałam i lubię do tej pory, opisują historię tej podróży, która objęła cały świat (a nawet lot na księżyc) i skończyła się we wspomnianym na początku Pacanowie, gdzie okazało się, że rzeczywiście jest to miasteczko, w którym “kują Kozy” – kowale nosili nazwisko Koza.
Ech… życie. Skończyło się rumakowanie…

Ale przecież gdybym tylko:
dostała tę pracę…
mogła tam mieszkać…
miała więcej pieniędzy…
była silniejsza…
posiedziała dłużej…
miała innych znajomych…
wyjechała…
nie spóźniła się…
albo właśnie się spóźniła…
albo została…
zadbała o tych znajomych, których miałam…
nie siedziała aż tyle…
pokazała swoją słabość…
nie dbała aż tak o pieniądze…
nie musiała się przeprowadzać…
została w tamtej pracy…
WTEDY WSZYSTKO BYŁOBY ZUPEŁNIE INACZEJ !!!


………….

Do nas przyszedł biedny kozioł,

Wyrwał siwy włos z swej brody,

I serdecznie popłakując, 

Opowiedział swe przygody. 

A nam też się płakać chciało, 

Przeto, widząc go w boleści, 

Prosiliśmy, by zjadł obiad 

I używał, co się zmieści! 

A on na to – “Chciałbym bardzo, 

Lecz odpocząć tu nie mogę. 

Muszę szukać Pacanowa 

I w tej chwili idę w drogę!” 

Więc pożegnał nas serdecznie 

I znów poszedł, biedaczysko, 

Po szerokimm szukać świecie 

Tego, co jest bardzo blisko.