Pod choinkę, od kochającego Męża, dostałam nową zabawkę. Zabawka ma ułatwiać mi kontakt z bardziej i mniej znajomymi, bycie w sieci (w sumie, to kiedyś jak ktoś znalazł się w sieci, miał raczej kłopoty – świat się zmienia…), no i zabawę, bo to w końcu zabawka jest. No to się bawię. Jak to się ostatnio przy okazji rozmowy z dobrym znajomym okazało – jestem już w wieku, w którym taka zabawa nie przychodzi bez pracy. Trzeba się trochę nagłowić nad licznymi możliwościami i aplikacjami, które działają intuicyjnie. Trochę utrudnia sprawę fakt, że ta intuicja, to moją mocną stroną jednak nie jest. No ale przebrnęłam zasadniczą większość (chyba, że o czymś nie wiem) i bawię się wytrwale. Ci, którzy znają mnie osobiście trochę lepiej wiedzą, że oczywiste to wcale nie jest, bo jestem z natury dość poważną osobą.
Jedną z zabawek, w które udało mi się wyposażyć moje urządzenie zabawowe jest aplikacja poniekąd edukacyjna, która ma mnie wyedukować w stronę zdrowego trybu życia. Muszę dbać o kręgosłup i takie tam, i w związku z tym powinnam dużo chodzić, ćwiczyć, “biegać, skakać, latać, pływać, w tańcu, w ruchu wypoczywać” (tak jakoś nie umiałam się od piosenki z “Pana Kleksa” opędzić, przepraszam). No i stąd pomysł na wspomniane endomondo, które w zamyśle, za pomocą skrupulatnego notowania czasu ćwiczeń, spalonych kalorii (widział ktoś kiedyś kalorie?) i paru jeszcze śmiesznych pomysłów, ma pomagać mi regularnie ćwiczyć. No i pomaga. Jak do tej pory spaliłam podobno 6 hamburgerów i przebyłam 0,001 podróży dookoła świata. Podejrzewam, że to jakaś ściema jest, bo: a) nie jem hamburgerów, b) zawsze jak gdzieś idę, to wracam w to samo miejsce, znaczy do domu, a podczas podróży dookoła świata powinnam jednak być coraz dalej. No nie wiem. W każdym razie bawię się pracowicie w celu szczytnym – celem jest zdrowie i uroda oraz wyjazd latem w góry, co jak wiadomo bardzo lubię, a co przychodzi mi ostatnio, niestety, coraz trudniej. No i teraz będzie trochę o tym trudzie, bo bardzo szybko okazało się, że aplikacja wcale za mnie nie ćwiczy. Kiedy byliśmy przedwczoraj na Równicy, przekonałam się o tym ostatecznie. Musiałam iść sama, a endomondo policzyło tylko, że przeszłam tyle, a tyle kilometrów w takim, a takim czasie. Łącznie w górę tyle, łącznie w dół tyle. Iść musiałam sama. Ale warto było. Na szczycie niedawno uniesione chmury pozostawiły szadź grubości centymetra. Pięknie jak w bajce.

Mark Twain podobno powiedział kiedyś, że jedynym miejscem, w którym sukces występuje przed wysiłkiem jest słownik …
Mało mi się chce wierzyć, w to, że to akurat Mark Twain powiedział, bo po angielsku mi to jakoś nie chce działać, ale trudno się nie zgodzić z myślą. Może zresztą powiedział to Paulo Coello i wcale nie po angielsku.
Wracając do sedna – no właśnie sukces, jakoś nie chce bez tego wysiłku przychodzić, chociaż bardzo często (zawsze?) tak byśmy woleli. I to w każdej dziedzinie życia, nie tylko w sprawie ruchu na co dzień. Co chyba jeszcze gorsze, zwykle bez włożonego wysiłku, triumf wcale nie smakuje tak wybornie. Jesteśmy w stanie całkiem go pominąć, jeśli sami na niego nie zapracowaliśmy. No i jak to z nami jest? Marzymy o satysfakcji i poczuciu spełnienia, a dążymy do wygody, która, jak wiadomo nie zapewnia ani jednego, ani drugiego. Jest bardzo milutka, ale okropnie nudna. No i źle robi na kręgosłup.